Pamiętam, jak za dzieciaka całymi dniami lataliśmy bandą po polach. Wybiegaliśmy zaraz po śniadaniu, wracaliśmy w porze obiadu, a potem z powrotem aż do wieczora spędzaliśmy czas na zabawach na świeżym powietrzu. Nie pamiętam w jakim byłam dokładnie wieku – na pewno szkoła podstawowa. Wiem, że żadnego dorosłego z nami nie było, za to nas było całkiem sporo. Czy wyobrażam sobie puścić dziś moje dzieci w szał dzikiej swobodnej zabawy bez nadzoru dorosłego? Nie. Czy to źle? Sama nie wiem.

Wszechobecny nacisk na rodziców powoduje, że jesteśmy przewrażliwieni na punkcie zdrowia, wykształcenia, zachowania czy rozwoju naszych dzieci.
Jeszcze nie czyta? Mój już pisze. Moje dziecko już mnoży, a Twoje jeszcze nie dodaje? Dodatkowy angielski, hiszpański, niemiecki. Lekcje gry na fortepianie, gitarze i skrzypcach. I to jeszcze zanim pójdzie do szkoły.
Brzydko się wyraża. Nie usiedzi w miejscu. Wszędzie lata.
Nie je? Za dużo je? Same słodycze.
Każda taka uwaga podkopuje naszą pewność siebie jako Rodzica i zaczynamy się zastanawiać, porównywać i sprawdzać. A co gorsza – zaczynamy wątpić w siebie.
Zaczynamy myśleć kategoriami – czy powinniśmy?
Czy powinniśmy zapisać dziecko na dodatkowe zajęcia, aby nie odstawało od rówieśników?
Czy powinniśmy pozwolić im bawić się samemu? A co jeśli się przewróci? A co jeśli się zrani? A co jeśli złamie rękę?
Czy powinniśmy pozwolić wchodzić w wysokie trawy? A co jeśli złapie kleszcza? A jeśli żmija? A jeśli dostanie wysypki? A co jeśli…
A co jeśli nie? 🙂

Czy kiedyś nasi Rodzice mieli takie rozterki? Nie wiem. Na pewno nie mieli tak swobodnego dostępu do Internetu, jak my teraz. Nie czytali rad innych rodziców. Nie byli zasypywani ofertami zajęć dodatkowych ani raportami najnowszych badań, które mówią w jakim wieku dziecko powinno czytać, pisać, jeździć na rowerze i na nartach. Dziecko wychowywało się w wiosce, obserwowało, słuchało, próbowało swoich sił i w taki sposób się uczyło. Tak, lataliśmy po polach, ale w tym polu zawsze ktoś z rodziny/sąsiadów pracował. Każde z nas wiedziało jak daleko możemy odbiec od domu, aby w razie potrzeby szybko znaleźć drogę powrotną. Czy kiedyś było tyle kleszczy, co teraz? Pewnie tak 🙂 Za to nie było takiej świadomości jak obecnie. Co robiliśmy, gdy któreś z nas się skaleczyło albo przewróciło? A no nic, biegliśmy do domu po rodziców :).

Czy rodzice tak nam ufali, że mogliśmy biegać bez nadzoru po okolicy? Czy nie bali się, że ktoś nas porwie? Że coś sobie zrobimy? Czemu my teraz nie ufamy swoim dzieciom w tej kwestii? Czemu boimy się zostawić ich samych? Czemu co jakiś czas sprawdzamy czy wszystko w porządku? Czego tym sposobem one się od nas nauczą? Na część z tych pytań nawet boję się sobie odpowiedzieć 🙂
Dlatego każdego dnia walczę ze sobą i pozwalam im na coraz więcej swobody. Staram się nie ingerować, nie kontrolować ani nie narzucać. Często przegrywam, nie ma co ukrywać 🙂 Ale chcę, by wierzyły w siebie i nauczyły się poznawać swoje umiejętności. By odkryły swoje granice. Na własnych zasadach. Bez zestresowanego Rodzica dyndającego nad nimi na każdym kroku 😉
Czy powinnam? Ważne, że chcę. Że wierzę, że dzieciaki sobie poradzą. A chcę wierzyć 🙂 Bo wtedy one uwierzą w siebie 🙂



